wtorek, 15 listopada 2016

Kobiety to są jednak niebezpieczne

15 listopada, 2016


   Ten blog mnie chyba nie widział z parę miesięcy. A właściwie dokładniej pół roku temu, bo ostatni artykuł napisałam w maju. Uff, no cóż. Powracam, ponieważ wczoraj widziałam film, który zdecydowanie zasługuję na uwagę, czyli Pitbull. Niebezpieczne kobiety.

   Moja recenzja nie będzie bardzo długa, gdyż w tym przypadku zdradzenie wątku wpływa na cały film, ponieważ każda scena, każdy bohater i każde wydarzenie w obrazie Patryka Vegi ma swoje własne miejsce. Jeżeli mi się jednak zdarzy zdradzić coś szczególnego, to proszę, wybaczcie!

   Pitbull. Niebezpieczne kobiety zaczyna się od informacji, że w 2015 roku wśród rekrutów do policji, 40% liczby stanowiły kobiety. Już to sugeruje nam, że nowa część filmu kryminalnego będzie się mocno tyczyła płci pięknej. 

   Młoda kobieta, "Zuza" (Joanna Kulig), po zdradzie męża postanawia zmienić swoje życie i wstępuje do policji. W szkole policyjnej poznaje "Jadźkę" (Anna Dereszowska) i wiele innych kobiet, z którymi potem się styka. Po ukończeniu swojego kursu "Zuza" prowadzi swoje własne sprawy, ale również od czasu do czasu pracuje z  "Gebelsem" (Andrzej Grabowski), który na swój sposób wspiera ją i stara się pomóc przeżyć w policyjnym światku.

   W tym samym czasie "Majami" (Piotr Stamowski) i Olka (Maja Ostaszewska) dostają ochronę, ponieważ policjant podczas akcji zabił członka mafii motocyklowej, która teraz chce go wyeliminować. Z ostrzeżeniem o motocyklistach dzwoni Remek "Cukier" (Sebastian Fabijański), który też zresztą ma swoje za uszami. Chłopak  dołącza się do mafii paliwowej i co rusz jakimś cudem ucieka policjantom. Dodatkowo jego dziewczyna "Drabina" (Alicja Bachleda Curuś) odbywa karę w więzieniu za zabójstwo swojej matki, której wcale tak naprawdę nie zabiła. 

   Nad całością pieczę sprawuje Porucznik Izabela Zych "Somalia" (Magdalena Cielecka). Kobieta nie ma łatwego życia. Jej pensja nie jest za duża, a musi utrzymać jej chorego syna. Dlatego wcale nie dziwi fakt, że "Somalia" próbuje iść na układy z gangsterami, byle tylko ciągnąć koniec z końcem. 

   Te parę wątków prowadzonych w filmie łączą się delikatnie, prawie niezauważalnie, przez co nie mamy wrażenia ogromnego "skoku" w filmie. Widzimy, jak wielkim dylematem może być wybór między służbą w policji, a miłością i jak ciężko jest komuś zaufać, bo tak naprawdę nie wiesz, kiedy ktoś wbije ci nóż w plecy. Widzimy również korupcję w policji i układy między stróżami prawa, a gangsterami. Każdy próbuje po swojemu ułożyć swoje życie, ale do tego zawsze potrzeba pieniędzy, które przecież mają gangsterzy...

   Podczas seansu drugiej części filmu Patryka Vegi najbardziej zżyłam się z "Zuzą", w którą wcieliła się Joanna Kulig. Wcześniej nie doceniałam tej aktorki, ale kiedy zobaczyłam, co potrafi, całkowicie zmieniłam o niej zdanie. Możemy powiedzieć, że to ona wysunęła się na główny plan, co jest plusem thrillera. Jednocześnie, patrząc subiektywnie, ubodło mnie to, bo moją wielką miłością był duet Ostaszewska-Stramowski, czyli Olka i Majami, których w Nowych Porządkach było zdecydowanie więcej. Para jest  atutem filmu, a przebojowy charakter Olki dodaje obrazowi lekkości. Osobiście chyba nigdy nie widziałam kobiety, która tak strasznie przeklina i której to tak bardzo pasuje!

   Nie mogę również nie wspomnieć o doskonałej roli Tomasza Oświecińskiego, który wykreował postać Marcinka Opałki - mięśniaka tak słodkiego, że niemal zapominamy o jego dożywociu w więzieniu. Tym razem Marcinek pomaga "Cukrowi", co w wolnym tłumaczeniu znaczy zabijanie, opiekowanie się dzieckiem, latanie na każde zawołanie i tłuczenie przeróżnych typów. Swoją drogą przerażona patrzyłam na to, jak tacy mafiozi z łatwością mogą sobie wyjść z więzienia i jakie mają łatwe życie za kratkami. Chyba czasem nawet łatwiejsze, niż niejeden człowiek na wolności...

   Jedynym minusem, jaki mnie raził, był brak wielkiego, mocnego punktu kulminacyjnego. Pitbull. Niebezpieczne kobiety wyróżnia się raczej wartką, spokojną (jeśli w ogóle można tak powiedzieć) akcją, przez co "płyniemy" przez film. Całość mnie jednak nie zawodzi. Może trochę w duchu liczyłam na jakieś porwanie Olki i wkroczenie Majamiego, który wybija połowę ludzi, żeby uratować swą księżniczkę, ale bez tego też nie było źle!

   Został nam ostatni ważny punkt - muzyka! Z wielkim zainteresowaniem śledziłam powrót zespołu Virgin, w którym śpiewa znana wszystkim Doda. Jakże się cieszę, że się nie zawiodłam. Okazuje się,  że zespół to była jednak ta moc piosenkarki. Doda powróciła do nas w wielkim stylu ze swoim starym, dobrym rokiem i piosenką Niebezpieczna kobieta, którą również możemy znaleźć w wersji angielskiej pt: Hard Heart. Doda ma się również pojawić w kolejnej części filmu, na co bardzo czekam!

Pitbull. Niebezpieczne kobiety jest filmem wartym obejrzenia w kinie. Wartka akcja, wyborowa obsada i wyjątkowo dopasowany humor, którego w poprzedniej części było mniej sprawią, że i Ty staniesz się  niebezpieczną kobietą/facetem... No, chociażby przez moment w swojej wyobraźni.

   
   




sobota, 7 maja 2016

"It would be nothing without a woman or a girl!"

   Nie, nie będę kontynuowała piosenki Jamesa Browna. Ten jeden, wspaniały cytat w zupełności wystarczy. Mój letni semestr dziennikarstwa średnio mnie zachęca, ale prezentacja na popkulturę o zmianie roli kobiet w filmach oraz serialach zainspirowała mnie do napisania krótkiego artykułu na ten temat. Bo kobiety to (nie)słaba płeć.

Bohaterki Once Upon a Time
   No właśnie, Wy też zauważyliście, jak rok 2015 wypełniony był kobiecymi rolami, które skopały tyłek niejednemu facetowi? Jessica Jones, Supergirl, Orphan Black, The boy, Hush... Mogłabym wymieniać tak w nieskończoność. To z kolei zmotywowało mnie do pewnych refleksji i po lekturze niektórych artykułów o roli kobiecych w kinie i telewizji, wysnułam pewne wnioski i przedstawię je na konkretnych przykładach z kina i TV.

Jessica Jones/Kryster Ritter i David Tennant
   Zacznijmy od tego, jak wiele superbohaterek pojawiło się w owym czasie. Weźmy taką Jessicę Jones (mój artykuł o bohaterce w linku). Nie wiem, jak Wy, ale ja nigdy wcześniej nie słyszałam o Jess, która posiada nadludzką siłę oraz zdolności do latania. Pojawiła się znienacka stworzona przez Netflix i podbiła moje serce. Niezależna ale i uzależniona, silna, ale i nie bez wad. Taka właśnie jest Jessica Jones. Nie idealizowana, ale pokazana taka, jaka jest. Widzimy, jak czarny charakter, Kilgrave, bawi się z nią w kotka i myszkę, ale ona nie traci zmysłów, wręcz przeciwnie. Kilgrave ma niesamowitą moc kontrolowania ludzi, którzy nie są w stanie mu się oprzeć. Jessica również. Ale Jones walczy z tym, walczy i wkrótce jest jedyną osobą, która potrafi wyrwać się z kontrolujących szponów Kilgrave'a. 
   Kolejnym przykładem jest także powstający, reżyserowany przez Patty Jenkins samodzielny film o Wonder Woman (w tej roli Gal Gadot). Cofnijmy się w czasie - Wonder Woman jeszcze nigdy nie dostała swojego oddzielnego filmu na wielkim ekranie. Decyzja o powstaniu z pewnością jest motywowana modą na superbohaterki. Ale, ale! Wonder Woman pojawi się w zupełnie innym świetle. Zobaczymy, jak z amazońskiej księżniczki, Diana stała się "badassem". Film nie będzie skupiał się na żadnym wątku miłosnym, ale na samej postaci.

How to Get Away with Murder/Viola Davis
   Wchodzimy w erę kobiet sukcesu. A to również objawia się w kinie i telewizji. Dostajemy coraz więcej kobiet na wysokich stanowiskach. Jedno zdanie - How to Get Away with Murder. Viola Davis w roli Annalise Keating jest po prostu zjawiskowa - bezwzględna prawniczka, profesor na uniwersytecie, niepowstrzymana kobieta. Cud, po prostu cud! Do tego wybiera sobie zespół składający się ze studentów i to z nimi pracuje nad sprawami. Zespół nie do pokonania, ot co.

   Przejdźmy do kolejnego punktu - niepełnosprawność. W dzisiejszych czasach wspomniana niepełnosprawność, czy defekty fizyczne nie eliminują Cię z życia. Ba, masz nawet szansę pokonać psychola, który włamał Ci się do domu i próbuje Cię zabić. Przekonała się o tym nasza bohaterka Maddie w filmie Hush. Maddie jest głuchoniemą pisarką, która mieszka sama. Dom daleko od sąsiadów, niepełnosprawna bohaterka... No chyba wiadomo, że coś się stanie! Tak poznajemy bezimiennego mężczyznę, który bawi się z Maddie w kotka i myszkę, ale dziewczyna wcale się nie poddaje. Walczy do końca i choć jest poważnie ranna, pokonuje napastnika. Uważam, że mimo tego, że thriller nie jest jakoś wspaniale zrobiony, świetnie pokazuje siłę, jaką mają w sobie kobiety pokrzywdzone przez los.

   Nie mogłabym oczywiście nie wspomnieć o obrazie, jakim jest Mad Max: Na drodze gniewu. Mowa będzie oczywiście o Furiozie, postaci doskonale wręcz wykreowanej przez Charlize Theron. Przy tym filmie będziemy mówić o zmianie widzenia postaci kobiecej przez mężczyzn. Otóż dla tytułowego Maxa płeć towarzysza broni nie robi żadnej różnicy. Mężczyzna bardzo szybko przekonuje się, że kobiety z Cytadeli bardzo dobrze wiedzą, co robią i jak sobie poradzić, więc nie próbuje ich zwalczać, wywyższać się, czy unosić się dumą. Podziwia ich wytrwałość i wolę walki. Doskonale widzi to, że gdy złączą siły, będą niepokonani. Jest to bardzo dobra zmiana punktu widzenia, bo gdy cofniemy się na przykład do Matrixa: Reaktywacji z 2003 roku, to zobaczymy, że komandor Niobe nie zdołała sobie wyrobić tak dobrego zdania, a my nie raz widzieliśmy, jak była znieważana przez swoich kolegów po fachu.

Joy/Jennifer Lawrence
   A co z autobiografiami? Zauważyliście, jak bardzo stały się popularne i coraz częściej filmowane? I tak mamy kolejny ważny punkt - wzrastająca popularność kobiecych autobiografii. Doskonałym przykładem jest Joy - film z Jennifer Lawrence, która wcieliła się  w Joy Mangano, rozwiedzioną matkę dwójki dzieci, która jest bardzo nieszczęśliwa. Nawet po studiach z wyróżnieniem, dziewczyna skończyła w swoim rodzinnym mieście, z mieszkaniem z matką i ojcem, którzy ciągle się kłócą i byłym mężem do kompletu. Jednak Joy nie poddaje się i dzięki swojej babci, która zawsze w nią wierzyła, wpada na genialny pomysł stworzenia samo wyżymającego się mopa. I tak, zaniedbana Joy Mangano staje się miliarderką.

   Teraz powróćmy do najsłynniejszego stereotypu o kobietach, który był powtarzany małym dziewczynkom przez wiele lat - kobieta jest słabsza, kobieta powinna słuchać męża i być mu posłuszna, a także wiedzieć, że mężczyźni wiedzą wszystko. "Przepiękny" stereotyp. Jednak Dziewczyna z tatuażem pokazała, jak bzdurny on jest, a Katniss Everdeen na Igrzyskach Śmierci jeszcze podkreśliła, że całkowicie zgadza się z panną Lisbeth Salander. I tak stereotyp został złamanay - kobieta nie jest tą słabszą i nie musi być uzależniony od mężczyzn. Lisbeth Salander podnosi się z traumy po gwałcie, odgrywa się na swoim oprawcy w sposób, delikatnie mówiąc, brutalny, a potem pomaga dziennikarzowi Mikaelowi Blomkvistowi rozwiązać zagadkę rodziny Vangerów. I tak naprawdę gdyby nie ona, dziennikarz nigdy nie wpadłby na właściwy trop. Dodatkowo Blomkvist zawdzięcza jej życie. 
   Katniss za to pokazuje nam, że kobieta jest płcią piękną, nie słabszą. Na Głodowych Igrzyskach nie pokonuje przeciwników siłą, ale swoim sprytem i razem z Peetą dochodzi na szczyt. To niestety, powoduje gniew prezydenta Snowa, ale dziewczyna nie chowa głowy w piasek, tylko kończy to, co zaczęła, stawiając czoło Snow'owi oraz jego zwolennikom.

   Kolejny wniosek możemy przyrównać do wniosku o coraz częstszej obecności kobiet na wysokich stanowiskach. Tym razem jednak skupimy się na  kobiecie liderze.
Aurora Luft/Evelyne Brochu/X Company
Doskonałym przykładem na ukazanie tego punktu jest kanadyjski serial X Company, który opowiada o czasach II wojny światowej. W małym miasteczku w pobliżu Ontario pięcioro młodych ludzi zostaje wybranych do tajnych misji. Alianci przygotowują się do inwazji na Europę, a wybrani szpiedzy odbywają trening i nabywają specjalnych do tej misji umiejętności. Serial jest naprawdę dobry, pomijając oczywiście niektóre historyczne nieścisłości. Spośród pięciorga do zarządzania grupą zostaje wybrana Aurora Luft - pół Kanadyjka, pół Żydówka. Aurora zarządza pozostałą czwórką - Alfredem, Neilem, Tomem oraz Harry'm. Jednym słowem, całą zgrają facetów. Dziewczyna jest świetnym przywódcą i jej przyjaciele szpiedzy nigdy się nie wywyższają, bo uważają, że Aurora wie, co robi. Widzimy też tutaj wspomnianą w Mad Maxie zmianę widzenia kobiet przez mężczyzn. Aurora, choć pełna uczuć i emocji, zawsze podejmie dobrą decyzję i będzie bronić swoich towarzyszy do ostatniej kropli krwi.

   A teraz przejdźmy do bajkowej części. Czarownica, Królewna Śnieżka i Łowca, czy Łowca i Królowa Lodu - widzicie wniosek? Coraz częściej powstają aktorskie wersje Disney'a. Dodatkowo dostajemy historie kobiecych czarnych charakterów, które znamy z klasyków naszego dzieciństwa. Dodatkowo Disney tworzy i tworzy. Na przestrzeni lat 2017 - 2019 dostaniemy m.in. taką produkcję jak Tinkerbell z Reese Whiterspoon oraz wiele innych aktorskich wersji bajek Disney'a. A teraz weźmy na przykład doskonały serial Once Upon a Time. Twórcy w całkiem inny sposób ukazują nasze ulubione postaci, takie jak Królewna Śnieżka, Czerwony Kapturek, czy chociażby Cruella Demon, albo Baba Jaga z bajki o Jasiu i Małgosi. Księżniczki są ukazane jako niezależne, silne kobiety, a czarne charaktery dostają swoją własną historię, które jest przedstawiona w formie retrospekcji. Dodatkowo na podstawie tego serialu, możemy wywnioskować jeszcze jedno - że teraz coraz częściej los bohaterów serialu, czy filmu zależy od kobiety, a nie od mężczyzny. Tak jest i w tym przypadku. Once Upon a Time opowiada o mieszkańcach miasteczka Storybrooke, którzy nie wiedza, że są zaklęci przez Złą Czarownicę i tak naprawdę są oni postaciami z baśni. Tylko jeden chłopiec, Henry, zna prawdę i wie, że ich wybawicielką jest jego biologiczna mama, Emma Swan. Kobieta jest córką Królewny Śnieżki oraz Księcia. To ona musi zdjąć czar. 

Orphan Black/Tatiana Maslany
   Ostatni wniosek jest już ogólnie znany, ale pogłębiany poprzez kino i telewizję. Tak, kobiety potrafią sobie poradzić same lub z pomocą innych kobiet oraz pokonać przeszkody. Przykład? Kanadyjski serial Orphan Black, który jest tak ciężko wytłumaczyć, że nawet nie będę próbować. Krótka wersja - obraz przedstawia nam historię kobiet, który okazują się być klonami i muszą stawić czoła swoim twórcom, a także tym, którzy pragną posiąść ich oryginalny genom. Sarah, Cosima, Alison, Helena i pozostałe łączą siły i razem pokonują wszelkie przeszkody. Dodatkowo udowadniają, że potrafią poradzić sobie nawet w najtrudniejszych sytuacjach. 

   Jednak, żeby nie wyszło na to, że tylko w dzisiejszych czasach powstają obrazy o silnych i niezależnych kobietach, postanowiłam przywołać doskonałą komedię z Diane Keaton, Bette Midler oraz Goldie Hawn, pt. Zmowa pierwszych żon z 1996 roku. Tak, to prawda, że ostatnie lata były najbardziej intensywne, jeżeli chodzi o ten temat, ale ukazywanie kobiet jako tych silnych pojawiło się już wcześniej. Film opowiada o tym, jak trzy przyjaciółki znające się od liceum postanawiają odegrać się na swoich byłych mężach za porzucenie ich i planują zemstę. Dzięki swojej przyjaźni, sile i wytrwałości udaje im się to, 

   Zazwyczaj na końcu w podsumowaniu, rozważam plusy i minusy moich refleksji. Ale czy w tym przypadku są jakieś minusy? Filmy o silnych mężczyznach dalej powstają, nie ma ich mniej, a dzięki takim produkcjom, jak te przeze mnie wspomniane, małe dziewczynki nie muszą już myśleć, że to one są te słabsze. Bo to wcale nieprawda. Mogą być tym, kim tylko chcą.

Orphan Black/Evelyne Brochu

   
   

piątek, 18 marca 2016

Uważaj, o czym śnisz...

   Z reguły jest to blog, na którym umieszczam swoje recenzje filmowe. Dzisiaj postanowiłam podzielić się moim opowiadaniem, które zaczęłam dawno, dawno temu, a które skończyłam w tym roku.
~

Uważaj, o czym śnisz…

      Najtrudniej jest w nocy. Codziennie śni mi się ten sam sen. Widzę wielki, skalny budynek na podwórku u swojej babci. Normalnie go nie ma, więc nie rozumiem, co to ma w ogóle znaczyć. Nie zdążę się nawet odwrócić, a już jestem na dachu tej rudery. Za każdym razem to noc pojawia się we śnie. Rozglądam się z zachwytem, patrząc na gwieździste niebo. Nagle słyszę za sobą kroki. Odwracam się, ale zdążę tylko zobaczyć intensywnie zielone oczy, bo potem czuję pchnięcie i spadanie na dół. Kiedy już mam zderzyć się z ziemią, po prostu budzę się z krzykiem. Tej nocy nie było inaczej.



      - Co się dzieje, Maya? Znów to samo? – W pokoju pojawiła się moja siostra, Eve. Zawsze dobrze się z nią dogadywałam. Okay, były mniejsze sprzeczki o to, czyja jest lalka, albo kto pierwszy ma dostać kawałek tortu. Ale moja siostra prawie zawsze mi ustępowała. Eve była starsza i prawie nigdy się ze mną nie kłóciła. Obie byłyśmy bardzo zżyte, a przy tym zachowywałyśmy się jak przyjaciółki. Kiedy jedna miała problem, druga od razu o tym wiedziała. Łączyła nas przedziwna, bardzo silna więź, której nie rozumiał chyba nikt. Nic więc dziwnego, że Eve domyślała się, co było przyczyną mojego wrzasku.

      - Tak… Nie, ja już tego nie zniosę. Rudera u babci, ja na górze, potem upadek i widok zielonych oczu. Możesz to zrozumieć? Bo ja nie. Na dodatek każda noc to noc zarwana. Wyobraź sobie mnie w szkole po takich snach… - Jak to ja, od razu załamałam ręce. Moje blond loki, którymi tak wszyscy się zachwycali, sterczały na wszystkie strony, przypominając afro. 

   W dzieciństwie narzekałam na swoje włosy, ale w późniejszym czasie pokochałam je. Zdecydowanie odzwierciedlały moją duszę. Duszę artystki. Pamiętam, że od dziecka zawsze miałam wiele do powiedzenia. Czasem aż nie mogłam się wysłowić, bo w mojej głowie pojawiało się tysiące myśli na raz. Mówię wam to wszystko, bo musicie mnie trochę poznać. Nazywam się Maya Jenkins, ale znajomi mówią do mnie po prostu MJ. Studiuję na Mayflower Art. To najlepsza szkoła dla przyszłych artystów. Egzaminy wstępne zdałam znakomicie, a pół roku temu odbył się pierwszy wernisaż, na którym można było obejrzeć prace moje, a także innych uczniów prestiżowej szkoły. Wydaje mi się, że zawsze wyróżniałam się z tłumu. Wielbię styl hippie i tak też się ubieram. W swojej szafie pełno mam długich do ziemi spódnic i wzorzystych bluzek, co czasami doprowadza moją mamę do szewskiej pasji. Według niej jest tego wszystkiego za dużo. Rzemyki, koraliki, pełno kolczyków i pierścionków… Tak, to cała ja. Mówią, że moją cechą charakterystyczną są także rozmarzenie i wieczny optymizm. Cóż, chyba jestem całkowitym przeciwieństwem siostry, która studiuje biomechanikę na MIT. Eve wcale nie wygląda jak przyszła pani naukowiec. Jest ode mnie wyższa, ale też odrobinę bardziej szczupła, czego tak bardzo jej zazdroszczę! Swoje rude włosy zazwyczaj ma spięte w koka, przez co wygląda o wiele poważniej, niż w rozpuszczonych. Jak widzicie, obie jesteśmy całkowitym przeciwieństwem, a mimo to kochamy się. Mama zawsze nas wspiera i kocha, bez względu na to, jakie mamy zainteresowania, a dzięki temu żadna z nas nie czuje się zaniedbana i odepchnięta. Niestety, tego samego nie mogę powiedzieć o swoim ojcu, który zwiał jakieś 10 lat temu z pewną panią chirurg. Mimo to, dobrze nam we trójkę. Wiem, to trochę egoistycznie, ale tak jest. Taka siła kobiet. 

      - Słuchaj… Może to zabrzmi dziwnie z moich ust, ale… Spróbuj porozmawiać z osobą o zielonych oczach. – podpowiedziała mi Eve, siadając na łóżku obok mnie.

      - Evelyne, czy to naprawdę ty? – zaśmiałam się – nigdy nie słyszałam, żebyś mówiła podobne rzeczy. To ja tu jestem od takich tekstów! A właściwie co ty tu robisz?

      - Jak to co? Chyba zasługuję na przerwę od studiów, nie sądzisz? Poza tym zdałam wszystkie egzaminy przed czasem i postanowiłam trochę znowu pomieszkać z wami. Chloe i Amy poradzą sobie beze mnie. – odpowiedziała Eve. No tak, moja zdolniacha jak zawsze jest pierwsza! – A wracając do twojego snu… Chodzi mi o to, że każdy sen ma podłoże psychiczne. Można to kontrolować. Spróbuj go jakoś… przedłużyć i złapać zielonooką istotę. Skoro śni ci się ona co noc, to na pewno ma to jakieś znaczenie. To może być na początku trudne, ale uda ci się na pewno.

      - Dobra, spróbuję. A teraz spadaj, jutro mam pejzaż na zaliczenie, a myślę, że trudno tworzyć go z zamkniętymi oczami. Ty lepiej też się prześpij, przed nami ciężki dzień.  – powiedziałam i przekręciłam się na drugi bok. Eve jeszcze stała chwilkę, po czym okryła mnie szczelniej kołdrą i wyszła, gasząc światło.

      Kurczę, znowu ten beznadziejny budynek! Dobra, skup się, Maya. Co ci mówiła Eve? A tak, spróbuj kontrolować sen. Ej, chyba mi się udało! Nie zdążyłam nic więcej powiedzieć, bo znalazłam się na dachu budynku. Tego samego, co zawsze. Nie chciałam narzekać, ale zaczynało się to robić trochę monotonne. Cholera, no! Co za świat! Uf, dobra… Zielonooki? Zielonooka? Halo?! Czekam…. Nic się jednak nie działo, chociaż nawoływałam, ile sił w płucach. Wyraźnie czułam ulatującą nadzieję, że cokolwiek jeszcze się stanie, ale nagle poczułam pchnięcie, a gdy się odwróciłam, znowu ujrzałam to, co spodziewałam się ujrzeć. Jednak tym razem zielony wzrok wyszeptał mi krótkie słowa…

      - Nie bój się upaść!

   I… Obudziłam się! Cholera, czemu ja się obudziłam?! Krzyczałam sama do siebie, a sąsiedzi za ścianą musieli mieć niezły ubaw.  Zrozumiałam, że przyczyną mojej jakże wspaniałej pobudki był budzik. Westchnęłam tylko i zaczęłam przygotowywać się do szkoły.

***
      - Córko, wiesz, że cię kocham, ale muszę ci to powiedzieć. Wyglądasz jak zombie. – Joan Jenkins, moja własna mama, dobiła mnie już na samym początku dnia. Uśmiechnęłam się do mamy ironicznie, coś odburknęłam i zaczęłam szykować sobie śniadanie. Ciągle myślałam o swoim śnie. A może powinnam powiedzieć koszmarze? Już sama nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Zwłaszcza, że tym razem usłyszałam głos zielonych oczu. To był mężczyzna. Nie mogłam po głosie określić, w jakim jest wieku, ale wiem przynajmniej, że to chłopak. Wydawał się przyjazny i jakby… bliski. Zupełnie jakbym już wcześniej go słyszała.

      - Hej, MJ, siostro kochana. Przykro mi to mówić, ale mama ma rację. Poza tym… Pejzaż sam się nie namaluje! – Eveline szturchnęła mnie przyjacielsko w ramię. Mnie jednak wcale nie było do śmiechu. Obie zdecydowanie miały rację. Nie wysypiałam się, a wina leżała tylko po jednej stronie.

      Stałam w łazience i za wszelką cenę próbowałam zamaskować wielkie jak spodki cienie pod oczami. Ta, mówią, że podkład doskonale pokrywa niedoskonałości, a i tak wszystko było widać! Postanowiłam zrezygnować z dalszych prób i odpuściłam sobie. W chwili, gdy próbowałam poskromić swoje loki i związać je w kitkę, weszła Eve.

      - No i jak się sprawy mają? Coś się stało? – Ona jak zwykle była już gotowa do spotkania z dawnymi przyjaciółmi. Uwierzcie, nawet gdybym chciała, to nie potrafiłabym wstać wcześniej od niej! To Eve zawsze była tą bardziej poukładaną, a ja tą bardziej żywiołową.

      - I tak i nie. Plus jest taki, że powiedział jedno zdanie. Powiedział, dokładnie, to jakiś facet. „Nie bój się upaść”. Eveline, co to może znaczyć? Lubię takie klimaty, ale zaczyna mnie to przerażać.

      - MJ, nie wiem, jak mam ci pomóc. To ty jesteś artystką, to ty musisz to jakoś zinterpretować. – Eve wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się do mnie – A teraz kończ szybko śniadanie i podwiozę cię do szkoły. Możemy zabrać Lenore, i tak jest po drodze.  

   Wepchnęłam szybko bułkę z szynką i podreptałam do mego królestwa po swój plecak. O moim pokoju więcej dowiecie się później, bo to wcale nie jest najważniejsze. Eve miała Chevroleta Camaro, którego sprezentowała sobie sama, za własne zarobione pieniądze. Podziwiałam ją za to, gdyż ja od razu wydawałam odłożone oszczędności. W domu byłyśmy jeszcze jakieś pięć minut, a potem pognałyśmy do samochodu. Lubiłam podróżować autem po Nowym Jorku. Na przedmieściach, gdzie mieszkałam, nie było takiego tempa życia jak w centrum.

      - MJ, ty żyjesz? – odwróciłam się nagle, oderwana od ciągu myśli. – Wychodzisz po Lenore, czy wie, że na nią czekamy?

      - Wie, wie… Wybacz, ostatnimi czasy bywam bardzo zamyślona. – odrzekłam i uśmiechnęłam się do Eveline. Moja siostra zaśmiała się.

      - Czasami?! Chyba sobie żartujesz, Maya. To twoja cecha charakterystyczna. Tak samo jak roztrzepanie! – puknęłam ją w ramię z udawanym wyrzutem, przez co jeszcze bardziej zaczęła się śmiać.

      - No tak, te wiecznie radosne przybyły… Cześć, Eve, dobrze znów cię widzieć. – odwróciłam się do tyłu. Lenore była już w aucie. Swoje ognistorude włosy miała związane w kitkę. – Ja nie wiem, jak tak można. Ja rano jestem nieżywa.

      - Tak, Lennie, wiem to doskonale. Co tam słychać? – spytałam przyjaciółkę, patrząc za okno.

      - Aaa, szkoda słów. – Oho, pewnie pokłóciła się z Lauren, pomyślałam – Pokłóciłam się znów z Lauren. Ona w ogóle nie rozumie, że jestem artystką! – oburzyła się moja przyjaciółka. Zaśmiałam się pod nosem. No tak, artystki to ciężka sprawa.

      - Wiesz, co ci powiem? Czasem po prostu rozwalasz mnie na części pierwsze. Lenore, pasje swoją drogą, ale twoja dziewczyna też wymaga odrobiny uwagi, nie oszukujmy się. Nie możesz wiecznie zasłaniać się tym, że masz bardziej rozwiniętą lewą półkulę mózgową i to cię usprawiedliwia.

      - Poza tym – zaczęła Eve – wy i tak macie ciężko, sama wiesz. Nie możecie zatruwać swojego związku głupotami.

      - Ja wiem, wiem. Obie macie rację. Po prostu mam temperament za nas dwie! – zaśmiała się. Akurat stanęłyśmy pod szkołą. Dzięki Eveline byłam przed czasem, bo zwykle się spóźniałam. Wyszłyśmy z auta, ale Eve otworzyła jeszcze szybę i zawołała nas.

      - Dziewczyny, miłego dnia! MJ, życzę powodzenia na zaliczeniu z pejzażu. A ty, Lennie, masz pogodzić się z Lauren i wyjść z tego lesbijskiego dramatu. Przeproś ją i będzie w porządku. Miłego dnia! – Eve pomachała nam przez okno i już jej nie było.

      - Lesbijski dramat, też mi coś… - zaśmiałam się, słysząc co Lenore mruczy pod nosem. Poprzeklinała jeszcze chwilę, a potem zwróciła się do mnie:

      - Teraz masz to zaliczenie? – spytała, rozglądając się na wszystkie strony. No tak, cała moja przyjaciółka.

      - Tak, to będzie katastrofa. – westchnęłam. – Jestem niewyspana, roztrzepana i nie wiem, jak sobie poradzę.

      - Będę trzymać kciuki! Lecę na zajęcia portretowe. Trzymaj się! – Lenore pocałowała mnie w policzek i pobiegła w stronę jednego z budynków. Ja wzięłam głęboki oddech i weszłam do budynku, w którym odbywały się zajęcia z pejzażu.

      - Jenkins, brawo! Zdążyłaś na czas! – mojego wykładowcy  jak zwykle trzymały się żarty. Zdołałam tylko westchnąć, bo na nic innego nie miałam siły. Pan Hastings był typowym, stereotypowym artystą, jak słowo daję! Jego humorki były nie do wytrzymania. Jeżeli ktoś myśli, że to kobieta jest nie do zniesienia, to się grubo myli. Czasem był wniebowzięty i prawie fruwał po klasie, a czasem rzucał dziennikiem jak oszczepem.  Uwierzcie mi, już nawet taśma klejąca mu nie pomaga. Dziennikowi oczywiście.

      Podeszłam do mojej sztalugi, otworzyłam akryle i zaczął się mój artystyczny rytuał. Najpierw muzyka w słuchawkach, aby wygłuszyć wszelkie inne bodźce. Zazwyczaj przy malowaniu słuchałam panny Del Rey, ona zawsze dodawała mi weny. Ale zdarzały się też wyjątki. Zdecydowałam się na pierwszą wersję i zaczęłam czyścić pędzle. Odpłynęłam. Moje myśli biegały w nieznaną stronę i zajmowały całą głowę. Niespodziewanie złapałam się na tym, iż przez cały czas rozmyślam o powtarzającym się śnie. Co to mógł być za głos, chłopak? Czego on ode mnie chciał? Jedno wiedziałam na pewno. To nie przypadek, że śniłam o tym samym przez wiele nocy. To musiało znaczyć o wiele więcej. Być może więcej, niż się spodziewałam. Mój nadgarstek wykonywał  ruchy, przez które powstawało dzieło. Palce zgrabnie trzymały pędzel, który przesuwał się po płótnie, tworząc barwę, a barwa wraz z innymi odcieniami zamieniała się w konkretny kontur, element ciała, lub wyraz twarzy. Przypomniało mi się, że Evelyne zwykła mówić, iż nawet koniec świata nie byłby w stanie odciągnąć mnie w takim momencie od sztalugi. Zapewne była to prawda, bo zapominałam wtedy o bożym świecie. Wsłuchiwałam się w słowa piosenki, ale ciągle słyszałam głos chłopaka. Melodyjny, lekko przyciszony, ale jednak nie był to szept. Jego ton mówił mi, że chłopak miał nie więcej niż dwadzieścia lat, lecz mogłam się mylić. Rozmyślałam o tym i rozmyślałam, aż w końcu ktoś szarpnął mnie za ramię i wrzasnęłam na całą salę. Co poniektórzy zaczęli chichotać, a ja wyrwałam słuchawki z uszu i spojrzałam z wyrzutem na osobę, która mi przeszkodziła.

     - Tak, panie Hastings? – spytałam otumaniona. To był mój nauczyciel, który miał niezwykle zaaferowaną minę.

      - Jenkins, czy nie zrozumiałaś polecenia, jakie zadałem klasie? – Gdyby nie ton profesora, może i brzmiałoby to groźnie, ale wydawał się poruszony i podekscytowany. Z roztargnieniem spojrzałam na swoją sztalugę i zamarłam. Zamiast pejzażu, który miałam namalować na zaliczenie, zobaczyłam parę głęboko zielonych oczu wpatrujących się we mnie z uparciem.

      - O mój Boże! Ja… Nie mam pojęcia, jak to możliwe! Przepraszam, panie Hastings… - spuściłam wzrok, nie chcąc widzieć w oczach profesora słów „niezaliczone”. Jednak po minucie jego milczenia musiałam to zrobić. – Panie Hastings? – spytałam.

      - Jenkins, tutaj muszę cię pochwalić. – zdziwiona podniosłam brwi – Wspaniały obraz! I ta głębia w oczach. Bravissimo! Nie powinienem tego robić, ponieważ miałaś namalować pejzaż, ale niniejszym zaliczam ci tę część comiesięcznych egzaminów.

      - Pan sobie żartuje? Dziękuję bardzo! – byłam tak szczęśliwa, że o mało co nie rzuciłam mu się na szyję. Zreflektowałam się jednak w porę i usiadłam z powrotem na krzesełku.

      - Ale jest jeden warunek. Mogę zatrzymać ten obraz? – Zastanowiłam się chwilkę. W sumie czemu nie? I tak widzę te oczy codziennie i to mi wystarczy. Nie potrzebuję dodatkowo obserwować ich także wiszących na ścianie.

      - Ależ oczywiście, panie Hastings. I jeszcze raz dziękuję! – Zadzwonił dzwonek i zaczęłam się pakować. Następne lekcje minęły bardzo szybko. Ani się obejrzałam, a już mogłam wracać do domu. Eveline padnie jak się dowie…
***
      Tak jak przeczuwałam, moja siostra nie mogła powstrzymać się od śmiechu. Siadłam przy stole z naburmuszoną miną i wymownie stukałam palcami o stół, czekając, aż Evelyne się uspokoi.

      - Maya, musisz to jakoś ogarnąć, bo niedługo życia nie będziesz miała, serio!

      - No co ty nie powiesz, siostra. Jakoś dam sobie radę. Odrobię nieszczęsną matematykę i pójdę do Lenore, potrzebuję trochę relaksu, a z nią mam to zapewnione. – Mimo moich genialnych artystycznych zdolności i prestiżowej szkoły, nadal musiałam uczęszczać na lekcje matematyki, co było dla mnie prawdziwym utrapieniem.

      - Can’t do that. Lenore była u nas z Lauren dziesięć minut przed twoim przyjściem. Planują jakąś super – hiper – romantyczno – przeprosinową kolację, dlatego nie sądzę, że byłabyś tam gościem na miejscu.

      - Hm… No dobra, najważniejsze, że im się układa. W takim razie zajmę się dzisiaj sobą. Najpierw lekcje, potem książka, a następnie spacer. – Taki był już mój plus. Nawet, kiedy przyjaciele nie mogli się spotkać, ja potrafiłam zająć się sama sobą. Czasem potrzebowałam takich dni i ten właśnie nastąpił.

      - Dobry pomysł, MJ. Ja tymczasem pojadę do Mishy, więc zobaczymy się na kolacji. – siostra pocałowała mnie w policzek i już jej nie było.
***
      Pogrążyłam się w lekturze swojej ulubionej powieści. U mnie z czytaniem było tak, jak z malowaniem. Zapominałam o bożym świecie i gdy się wciągnęłam, nic nie było w stanie oderwać mnie od tej czynności. Gdy skończyłam, zaczynało zmierzchać. Stwierdziłam, że to dobry moment, aby wyjść na trochę z domu. Zabrałam torbę, schowałam do niej paczkę L&M’ów i powiedziałam mamie, że wychodzę do miasta.

      - Dobra. MJ, tylko nie za długo, jutro też szkoła. – odpowiedziała mama i już zajęła się swoimi sprawami. Pokiwałam głową ze zrozumieniem, przekręciłam oczami i wyszłam. Zaraz za rogiem odpaliłam papierosa i zaciągnęłam się. Cóż, artyści też mają swoje wady… Moimi są papierosy i kawa. Nie wiem, jak to się stało, ale tak po prostu wyszło. Wędrowałam sobie naszą ulicą, aż w końcu wsiadłam w autobus na najbliższym przystanku. Postanowiłam pojechać do miasta, ale że była to długa droga, od razu wyciągnęłam książkę. To był jedyny minus mieszkania na przedmieściach. Siedząc przy oknie, założyłam słuchawki i myślałam o moich snach, o dzisiejszym dniu i o tym, co się zdarzyło. Ostatnio dzieją się dziwne rzeczy i nie całkiem to rozumiem…

      - Panienko, już jadę do zajezdni, albo wysiadasz w mieście, albo jedziesz ze mną. – ktoś wyjął mi słuchawkę i powiedział do ucha. Okazało się, że to kierowca. Wybąkałam przeprosiny i wysiadłam. 

   Ach, uwielbiałam miasto wieczorem! To było coś. Postanowiłam wejść do mojego ulubionego sklepu hippie. Znajdował się w samym centrum miasta. Dalej nie wyciągając słuchawek, szłam rytmicznym krokiem, prawie wystukując linię melodyczną piosenki. Nie bój się upaść… W jednym momencie stanęłam jak słup soli. Wyrwałam słuchawki z uszu i zaczęłam odwracać się na wszystkie strony. Ale nie było nikogo… Boże kochany, co się ze mną dzieje, do licha…, pomyślałam, stukając palcem w czoło. Jeżeli tego nie rozwiążę, to wyląduję w wariatkowie, jak nic. To wszystko jest nienormalne, ja jestem nienormalna. Stwierdziłam w duchu, że musiałam się przesłyszeć i już chciałam kroczyć dalej przed siebie, gdy… MJ, ja dobrze wiem, że mnie słyszysz, więc nie udawaj, bardzo cię proszę. Potrzebuję twojej pomocy. Co jest, do cholery jasnej?! Oczywiście znałam ten głos, ale byłam przerażona! Od zawsze wiedziałam, że nie wszystko jest ze mną w porządku, ale to, co się w tamtej chwili działo, przekraczało wszelkie granice jakiegokolwiek zdrowego rozsądku. Miałam ochotę uciekać, ale właściwie przed czym, przed głosem w mojej głupiutkiej głowie? Postanowiłam odetchnąć kilka razy i uspokoić moje tętno.

      - Okay, człowieku, czy kimkolwiek jesteś. Nie wiem, o co chodzi, nie rozumiem, czemu tylko ja cię słyszę, ale mnie to mega przeraża. Więc jeśli to nie jest nic ważnego, to odejdź, proszę, z mojej głowy. – odpowiedziałam twardo i czekałam na odpowiedź. Czy sądzisz, że gdyby to nie była poważna sprawa, to trułbym ci , gadając w twojej głowie? Nie sądzę. Sam dziwię się, że ktokolwiek mnie słyszy, może po prostu masz nierówno pod sufitem. Prychnęłam, a w odpowiedzi usłyszałam tylko śmiech w mojej głowie. Maya, to jest poważny problem. Proszę, pomóż mi. Przyjdź jutro do szpitala Św. Miłosierdzia. Spytaj o Jeana Matthewsa. Zrób tylko tyle i reszty dowiesz się jutro. Zastanowiłam się przez chwilę. O co tu chodzi? Każdy na moim miejscu dalej byłby zdrowo przerażony, ale ja zaczęłam się uspokajać. Ten chłopak naprawdę potrzebował pomocy.

      - Dobra, zrobię to. Będę jutro w tym szpitalu, Zielonooki. – wyszeptałam, a potem czekałam na odpowiedź. Dziękuję. Nie będę cię już teraz niepokoił. Ciesz się ze spaceru. Jasne, ciesz się ze spaceru… Dalej nic z tego nie rozumiałam, ale z tego, co powiedział ten głos, wynikało, że jutro wszystkiego się dowiem. Wszystko się wyjaśni.

      Wróciłam do domu w całkiem innym humorze. Od razu wzięłam prysznic i położyłam się do łóżka. Długo nie mogłam zasnąć, myśląc o dzisiejszym zdarzeniu, ale gdy objęcia Morfeusza wreszcie mnie porwały, spałam spokojnym, nieprzerwanym snem, co dawno się nie zdarzyło.

***
      - Naprawdę chcesz to zrobić? – spytała Eve, podając mi talerz z naleśnikami. Moja siostra już o wszystkim wiedziała, o głosie w mojej głowie, jakimś Jeanie Matthewsie i całej tej chorej sytuacji.

      - Jasne, że tak. A niby co innego? Jak tam nie pójdę, to nie da mi spokoju. A uwierz mi, Eve, bardzo chcę go mieć. – westchnęłam, jedząc śniadanie na słodko.

      - A jak coś ci się stanie? Zawsze mogę iść z tobą. Albo Lenore. – odparła moja siostra ze zmartwioną miną.

      - Evelyne. Poradzę sobie. Jestem już dużą dziewczynką. Lenore ze mną nie pójdzie, bo o niczym jeszcze nie wie. I lepiej, żeby tak zostało.

      - No dobrze… Ale masz na siebie uważać. Wiem, że to trudne, zwłaszcza dla ciebie, ale bardzo proszę. – pokiwałam głową ze zrozumieniem, a gdy Evelyne nie widziała, pokazałam jej język. Nie jestem aż taką niezdarą!

      Chwilę potem chwyciłam plecak i wybiegłam z domu. Już spóźniona. Całe szczęście, zdążyłam na autobus i ruszyłam do szkoły. Zajęcia jednak minęły mi bardzo szybko. W trakcie pięciu godzin zdążyłam zrobić porządny szkic aktu, wymęczyć się na matematyce i wysłuchać długiej jak powieść historii Lenore, która teraz fruwała nad ziemią. Jak możecie się domyśleć, była to sprawka Lauren i ich genialnej kolacji. Gdy wychodziłam z budynku szkoły, zaczęło padać.

      - No tak, idealna pogoda na przejażdżkę do szpitala, cholera... – wymruczałam i zapaliłam papierosa.

      Przystanek był niedaleko, chwilę później już czekałam na autobus. Założyłam słuchawki i wsłuchiwałam się w rytmy zespołu Fleetwood Mac – można powiedzieć starszej wersji ABBY. Podrygiwałam na przystanku, nawet nie myśląc o tym, co mnie czeka, gdy oczywiście jaśnie pan Jean musiał zjawić się w mojej chorej głowie. Dzięki, że zamierzasz to zrobić, MJ.

      - O Jezu Chryste! – wrzasnęłam, wyszarpując słuchawki z uszu. Dziewczyna obok mnie spojrzała na mnie jak na wariatkę. Na szczęście nie musiałam długo zapadać się pod ziemię ze wstydu, bo oto nadjechał autobus. Z szybkością geparda wskoczyłam do pojazdu i usiadłam. – Nie ma za co… - wymruczałam – ale nie musisz mi szeptać do głowy, kiedy właśnie jestem w środku refrenu „Go your own way”…

      Usłyszałam tylko ciche przepraszam i znów mogłam pogrążyć się w mojej muzyce. Piętnaście minut później byłam na miejscu. No tak, tylko jak tu się teraz dowiedzieć, gdzie jest Jean, co on tam w ogóle robi i jak mam go znaleźć… Nikt mi nie powie, bo ja nie jestem z rodziny. Myślałam, myślałam i myślałam… Na szczęście los się do mnie tym razem uśmiechnął. W recepcji nikogo nie ma! Podkradłam się cichutko za blat i sprawdziłam dokumenty. Jean Matthews… Pokój numer 345b… Pacjent w śpiączce… W śpiączce?! Stałam zszokowana w jednym miejscu, dopóki nie dotarło do mnie, że robię coś kompletnie nielegalnego.

      Pokój 345b znajdował się na najwyższym piętrze. Weszłam nieśmiało i… I w końcu ujrzałam chłopaka, który uparcie nie dawał mi spokoju i gadał w mojej głowie. Tym razem nie zobaczyłam jego oczu. Biedny leżał w szpitalnej pościeli, wymizerniały, jakby smutny. Pełno maszyn wokół niego pikało nieznośnie. Podeszłam bliżej, uważając, żeby nie nadepnąć żadnej  z miliona rurek, które plątały się na podłodze, podeszłam bliżej.

      - Nikt nie wie, kto to… - usłyszałam za sobą damski głos i poskoczyłam ze strachu.

      - O przepraszam, nie wiedz…

      - Spokojnie, panienko. – uśmiechnęła się starsza pani siedząca na łóżku. – Nic nie szkodzi. Nikt chłopaka nie odwiedza. Podobno znają tylko jego nazwisko. Próbowali szukać jego rodziny, ale nic. Jak na nieszczęście podczas wypadku nie miał przy sobie absolutnie nic. Ani komórki, ani dokumentów… Jego nazwisko znają z wyszytego na plecaku napisu… Biedaczek, toż to leży samotny, a może i by szybciej wyzdrowiał…

      - O mój Boże… - tylko tyle zdołałam wyszeptać.

      - A pani skąd go zna? – spytała zaciekawiona staruszka.

      - Ja… To jest… Muszę iść, dziękuję pani bardzo! – odkrzyknęłam. Ostatni raz spojrzałam na Jeana i uciekłam z sali. Pobiegłam do toalety, bo czułam łzy napływające mi do oczu. Nie spodziewałam się takiego rozwoju sytuacji. I czemu ja, do cholery?! Ja naprawdę musiałam być szalona, skoro słyszałam w swojej głowie głos chłopaka, który teraz leżał przykuty do szpitalnego łoża.

      Ale szybko uciekłaś, aż tak źle wyglądam? No tak… Któż inny mógł się odezwać. Usłyszałam jego dźwięczny głos i westchnęłam.

      - Dlaczego po prostu mi nie powiedziałeś?! Jak to się stało? Czemu?! – zadawałam pytanie za pytaniem, patrząc na siebie w lustrze. Twarz miałam bladą jak ściana.

      Nigdy byś nie uwierzyła, Maya. Musiałaś zobaczyć na własne oczy. Miałem wypadek miesiąc temu, a moja matka do tej pory nie ma ode mnie żadnych wieści, jest załamana. Pewnie myślisz, dlaczego się z nią nie skontaktowałem… Nie mogłem. Ty masz coś wyjątkowego – otwarty umysł, MJ. Musisz znaleźć moją matkę… Proszę cię… Gdy słyszałam ten błagalny głos, nie mogłam powiedzieć nie. Poza tym Jean był naprawdę biedny. Leżał sam, jego mama na pewno odchodziła od zmysłów.

      - Okej, pomogę ci. Gdzie mieszkasz? – spytałam półszeptem. Jean podał mi swój adres. – To dwie godziny drogi stąd! Cholera jasna, mamuśka mnie zabije… Ech, dobra. Dobra. Spróbuję do niej dotrzeć… - odpowiedziałam.

      - Panienko, co panienka robiła w sali tego mężczyzny? –usłyszałam głos postawnego policjanta, gdy tylko wyszłam z toalety. Spojrzałam na niego ze strachem w oczach.

      - Ja… Bo ja… Chrzanić to! – krzyknęłam i ruszyłam pędem w stronę drzwi. Policjant krzyczał jeszcze coś do mnie, ale nie zatrzymałam się ani na chwilkę.

      Znalazłam się znów na przystanku autobusowym i zastanawiałam się, jak ja to wszystko wytłumaczę mamie Jeana, a przede wszystkim mojej mamie. Byłam pewna, że będę uziemiona do końca moich dni. Zerknęłam na komórkę i zobaczyłam SMSa od Eve i Lenore. Obie pytały, jak się sprawy mają. Oczywiście Lenore wiedziała już o wszystkim od mojej kochanej siostrzyczki… 
Odpisałam im szybko i poprosiłam, aby starały się mnie kryć przed mamą. Westchnęłam i spojrzałam na zieleń za szybą. Byłam już w autobusie. Czekała mnie długa, długa podróż. Otworzyłam szkicownik i wyjęłam ołówek. Jak może wyglądać mama Jeana? Starałam się ją stworzyć, polegając tylko na mojej wyobraźni. Często robiłam taki zabieg. Dzięki temu widziałam, jak naprawdę coś wygląda, a jak my chcemy to widzieć. Niesamowite, co potrafi tworzyć ludzki mózg. Wspaniały szkic…

      - Dzięki, Jean. Ale serio, gdy się obudzisz, wisisz mi naprawdę dużą przysługę. – wymruczałam. Dzięki temu, że miałam słuchawki, ludzie myśleli, że rozmawiam przez telefon. Nie martw się, wszystko będzie okej. Mama na stówę ci uwierzy. Dziękuję za wszystko, co robisz.

      - Nie ma sprawy. W końcu to, że tylko ja mogłam cię usłyszeć, coś znaczy. Będzie okej… - wyszeptałam bardziej do siebie.

      W końcu byłam na miejscu. Odnalazłam wskazany przez chłopaka dom i stanęłam przed nim. Ręce mi się trzęsły, a oddech spłycił. Zebrałam się na odwagę, zapukałam i… Nic. Odczekałam chwilkę i znowu. Nic. Nikogo nie było w domu.

      - Niech to szlag! – przeklnęłam. Postanowiłam jednak czekać. Czekałam. Jeden kwadrans, dwa, trzy… Zamarzły mi ręce i stopy, a nos zamienił się w sopel lodu. Czwarty kwadrans… Ze znudzenia usiadłam na ganku, a chwilę później oparłam głowę o drugi próg. Piąty… Czy ja zasnęłam? Chyba tak, bo ktoś delikatnie potrząsał moje ramię. – Co jest, ja prz…

      - Obudź się, wstań. – powiedział aksamitny, damski głos. Mama Jeana. Otworzyłam gwałtownie oczy i ujrzałam ją. Zmęczony i smutny wyraz twarzy, wymizerniała. Wielkie, niebieskie oczy i miedziane włosy. – Kim jesteś?

      - Ja… Może będzie trudno uwierzyć, ale… Wiem, gdzie jest pani syn, Jean.

      - Co? Co… Boże, wiesz?! – wykrzyknęła, łapiąc mnie za rękę. W jej oczach zobaczyłam błaganie i łzy napłynęły mi do oczu. Jej uczucia musiały byś okropne.

      - Opowiem pani w drodze. Ale w to trudno będzie uwierzyć, bardzo trudno. Ma pani samochód? – spytałam, uśmiechając się nieśmiało.

      Tak jak Jean mówił, jego mama miała niezwykłą wiarę w człowieka. Chwilę później siedziałyśmy już w aucie. Moje zmarznięte i zesztywniałe kończyny zaczęły się rozgrzewać, a ja opowiadałam. Wszystko od początku. Nie krępowałam się. Zaczęłam od mojego powtarzającego się snu, głosu Jeana, przez moje niewyspanie, rozmawianie z nim na jawie aż po dotarcie do szpitala i wiadomość o jego wypadku. Jego mama słuchała, nic nie mówiła. W tle rozbrzmiewała muzyka klasyczna, bardzo ciekawy wybór. Kiedy skończyłam historię, mama Jeana milczała przez chwilę.

      - Wiem, że pani może nie wierzyć, ja to wszystko wiem, al…

      - Wierzę, Maya. – uśmiechnęła się do mnie. – Wierzę. Jean ci nie mówił, ale jestem pisarką. Pisarze wierzą w różne rzeczy. Dlatego też jednocześnie dziwię się, że nie mógł się ze mną skontaktować, ale może potrzebował młodej duszyczki. Już się nie mogę doczekać, kiedy go zobaczę…

      Kiedy zatrzymałyśmy się przed szpitalem, kobieta wybiegła z pojazdu, ile sił w nogach. Ruszyłam za nią, miała pęd kobieta! Po drodze minęłam pana policjanta, który oczywiście mnie rozpoznał. Cholerne blond loki! Pan władza również ruszył za nami, tak więc dla postronnego obserwatora musiał to być prześmieszny obrazek.

      - O mój Boże, Jean, to ty! – kobieta wykrzyknęła, chwytając nieprzytomnego syna w objęcia. Maszyny wokół niego zaczęły szybciej pikać, czyli rozpoznał ją. W moich oczach od razu stanęły łzy. Dziękuję ci tak bardzo, MJ. Dzięki tobie moja mama w końcu wie, gdzie jestem. Mam nadzieję, że gdy tylko się obudzę, a zrobię to na pewno, to spotkamy się. Wiele razy. Dziękuję ci.

      - Och, Jean, nie ma sprawy… - wymruczałam, naprawdę usilnie walcząc z napływającymi łzami. Obrazek był niezwykle wzruszający. Nagle do sali wbiegł policjant, zobaczył mnie, matkę Jeana ściskającą syna i spojrzał znów na mnie.

      - Czy ktoś mi w końcu wyjaśni, co się tutaj dzieje? – spytał kapitan, usilnie patrząc na mnie. – Jak ją pani znalazła? Znaczy matkę pacjenta?

      - Och, czy to ważne? I tak by pan nie uwierzył… - odpowiedziałam tajemniczo. – Niech pan zobaczy, najważniejsze, że pacjent w końcu jest z mamą, zdecydowanie szybciej wyzdrowieje. A mnie tymczasem czeka ochrzan od mojej rodzicielki, no chyba, że siostra i przyjaciółka wymyśliły dobre alibi… - spojrzałam jeszcze raz na rodzinę i kolejne łzy napłynęły do oczu. Jezu, co jest ze mną nie tak?!


      - Może pani płakać. – powiedział kapitan. – Naprawdę. Nie ma sensu trzymać tego w środku.

wtorek, 15 marca 2016

Halo, tu Spotlight

   Dwa Oscary. Najlepszy film oraz najlepszy scenariusz oryginalny. Doskonale dobrana obsada, wstrząsająca historia, która była tuszowana przez lata. Hello, it's Spotlight.



   Tom McCarthy odwalił kawał potężnej roboty z obrazem, który mamy okazję oglądać. Spotlight zasłużenie zdobył Oscara w lutym tego roku. Historia opowiada nam o tzw. grupie Spotlight - dziennikarzy gazety The Boston Globe, która dzięki swojej rzetelnej, konsekwentnej pracy odkryła masowe działania mające na celu zatuszowanie pedofilii w Kościele katolickim. Czterech zdyscyplinowanych, bostońskich dziennikarzy - Sasha Pfeiffer (Rachel McAdams), Walter "Robby" Robinson (Michael Keaton), Mike Rezendes (Mark Ruffalo) oraz Matt Carroll (Brian d'Arcy James), pracując ciężko całymi dniami i spotykając się z ofiarami, jak i z księżmi, którzy skrzywdzili w przeszłości dzieci, okrywa po kolei przerażające fakty. W międzyczasie widzimy, jak załamuje się ich wiara przez to, co odkrywają - tylko w Bostonie aż 91 księży molestowało swoich podopiecznych, a 70 z nich zostało potwierdzonych przez adwokata. Duchowni, którym ludzie ufają najbardziej, dopuścili się tak strasznego czynu, które Kościół przez lata tuszował.
   
   McCarthy, wybierając aktorów, trafił w dziesiątkę. Cała obsada dzielnie współpracowała z pierwowzorami ról, żeby jak najlepiej odzwierciedlić ich charakter i przedstawić ich autentycznie. Po obejrzeniu filmu długo zastanawiałam się, jak odnieść do niego swoją recenzję. Już po dziesięciu minutach wiedziałam, że Spotlight zasługiwało Oscara jak żaden inny film, dlatego w mojej recenzji nie będzie krytyki. Ale o czym tak naprawdę jest Spotlight
     
   Zacznę od redaktorów The Boston Globe. Film, może i nawet w trochę wyidealizowany sposób (bo przecież nawet w tamtym czasie dziennikarze mieli już dyktafony i tablety), pokazuje nam, jak powinno wyglądać rzetelne dziennikarstwo. A zewsząd widzimy, że rzemiosło tego gatunku w dzisiejszych czasach jest dalekie od pokazanego w Spotlight. Cała grupa pracuje nad sprawą przez wiele miesięcy, zbiera wszystkie fakty, spotyka się z ofiarami, jak i oprawcami i do tego walczy z Kościołem. No właśnie... Czas przejść do kolejnego aspektu.

   Tematem Spotlight, jak już wspomniałam wyżej, jest molestowanie dzieci przez księży i tuszowanie tych działań przez Kościół. Przed seansem wiedziałam, że to się dzieje, ale po filmie byłam wstrząśnięta. Wstrząśnięta faktem, że to nadal trwa. Wstrząśnięta tym, że dzieje się to na tak wielką, światową skalę, a najbardziej tym, że Kościół dalej trwale sprawę tuszuje. Smutny jest fakt, że mimo artykułu grupy Spotlight, nic poważnego nie spotkało oprawców. Kardynał, który tuszował wszystko, Bernard Law, zostało odesłany do Rzymu przez Jana Pawła II. Jak to jest, że papież, którego tak wszyscy uwielbiali, wiedział o sprawie i zamiatał wszystko pod tzw. dywan? Pewnie w tym momencie w większości wszyscy, którzy to czytają, kręcą głowami ze złością. Ach, no tak, zapomniałam, to przecież Polska, gdzie Kościół jest największą, nienaruszalną instytucją.

   I tu przechodzimy do ostatniego wątku. Czytając komentarze internautów oraz recenzje dziennikarzy "Gazety Wyborczej", zauważyłam, że ludzie w większości zastanawiają się, czy byłoby możliwe stworzyć taki film w Polsce. Tylko czemu nikt nie zastanawia się nad tym, czy byłoby można NAPISAĆ i ODKRYĆ pedofilię w Kościele katolickim w Polsce? W filmie było jasno powiedziane w końcowych napisach - "Odkryta pedofilia na świecie: Poznan, Poland". A to nie tylko Poznań. Jestem pewna, że jest tego o wiele więcej. Ale w Polsce odkryć taką sprawę, to tak, jak zalegalizować związki partnerskie - niemożliwe. Prędzej dziennikarz byłby usunięty, niżby udało mu się tego dokonać. Smutne? Ale prawdziwe.

   Spotlight, jeszcze raz podkreślam, zdecydowanie zasłużył na Oscara. Historia wstrząsająca, ale prawdziwa. Praca dziennikarzy rzetelna - taka, jaka powinna być w dzisiejszych czasach. I tego życzę sobie i innym reporterom. Takiego właśnie warsztatu.